piątek, 12 stycznia 2018

O wyznawcach Trzynastego słów kilka - Scott Lynch "The Lies of Locke Lamora/ Kłamstwa Locke'a Lamory"

   Powiedzmy sobie szczerze, gros światów fantastycznych przedstawionych w najbardziej nam (czyli ludziom tzw. Zachodu) znanych książkach z gatunku fantasy oparty jest na średniowiecznej bądź nieco późniejszej Europie. Mamy więc a'la Wikingów, mamy rycerzy i dwory wzięte żywcem z obrazów malarzy Francuskich, mamy nawet światy pseudosłowiańskie. Ostatnio przeczytany przeze mnie cykl o Złodzieju Królowej dzieje się wyjątkowo w krainach przypominających starożytną Grecję. Fabuła książki, o której będzie mowa w tej recenzji, toczy się natomiast w mieście żywo przypominającym Wenecję, z jej niezliczonymi kanałami i szalonym karnawałem.

   "The Lies of Locke Lamora" Scotta Lyncha to kolejna w mojej kolekcji opowieść o złodziejach, choć w przeciwieństwie do wspomnianych wcześniej książek Megan Whalen Turner, gdzie bycie Złodziejem oznaczało między innymi pełnienie konkretnej funkcji na dworze, w historii Locke'a i jego kompani mamy do czynienia ze złodziejami sensu stricte. Locke, wychowanek ulicy, trafia dzięki serii różnych zdarzeń pod skrzydła ojca Chainsa, oszusta co się zowie, który kształci chłopca i jego przyjaciół w "szlachetnym" kunszcie złodziejskim (przy okazji fundując im lekcje historii, pisania i czytania, a nawet gotowania). Po jego śmierci dorosły już Locke staje się jednym z najlepszych, jeśli nie najlepszym, złodziei w całej Camorrze. W pewnym momencie okazuje się, że bycie najlepszym przynieść może nie tylko wielkie bogactwo i sławę, ale także ogromne problemy. Dla Locke'a i jego bandy Niecnych Dżentelmenów takim problemem staje się Szary Król, który dąży do przejęcia władzy nad światem przestępczym Camorry i postanawia wykorzystać w swoich planach Locke'a, z jego zgodą czy bez niej. Jakby tego było mało, okazuje się, że plany Szarego Króla są bardziej skomplikowane, niż się na początku wydawało, a pozostawienie przy życiu Niecnych Dżentelmenów bynajmniej w nich nie figuruje...

   Mam problem z oceną opowieści Scotta Lyncha, jego pisarstwo bowiem to dla mnie spora sinusoida plusów i minusów. Bez wątpienia świetnie wyszło mu wykreowanie świata, w którym Niecni Dżentelmeni prowadzą swoją działalność. Opisy Camorry są barwne i szczegółowe i łatwo wyobrazić sobie to miasto, z jego licznymi kanałami, dzielnicami zróżnicowanymi ze względu na pochodzenie i profesję ich mieszkańców, ogromnymi wieżami szlachetnych Rodów i tajemniczymi pozostałościami struktur stworzonych przez rasę istot znanych już tylko z legend. Ciekawie przedstawiona jest religia, z jej dwunastoma (a raczej trzynastoma, jeśli zapytacie złodziejską brać) bogami, podobnie jak mafijna struktura podziemia, z Capą Barsavi na czele. Fabuła również wciąga (gdy już przebrnie się przez pierwsze dwieście czy trzysta stron), a tytułowe kłamstwa Locke'a to niekończące się pasmo pomysłów, które nachodzą naszego bohatera znikąd, prowadząc do rezultatów nie zawsze ich pomysłodawcę zadowalających. Wspomnieć również muszę o dialogach, które Lynchowi wychodzą świetnie; przekomarzanie się Locke'a z resztą załogi nie raz i nie dwa prowokowały mnie do uśmieszków pod nosem, a nawet wybuchów śmiechu.

   Problem leży natomiast w dwóch bardzo dla mnie ważnych punktach: w kreacji postaci i tempie, w jakim rozwija się fabuła. Niecnych Dżentelmenów poznajemy dwutorowo, w czasie rzeczywistym i poprzez interludia opisujące ich młodość. Wydawałoby się, że dzięki temu będą oni postaciami wyraźnie nakreślonymi i zapadającymi w pamięć czytelnika. Niestety tak nie jest. Przez dwie trzecie książki nie potrafiłam polubić ani Locke'a, ani jego przyjaciół, nie zależało mi specjalnie na ich losie i powodzeniu ich planów. Jakiego by tu użyć porównania... Byli trochę jak ładne lalki, ubrane w dobrze uszyte ciuszki, z misternymi fryzurami na głowie, za to zupełnie puste w środku. Pod sam koniec opowieści w końcu stają się kimś więcej niż narysowanymi grubą kreską wzorcowymi przykładami złodziejaszków, ale to trochę za późno na zagrzanie miejsca w moim sercu. Także tempo rozwoju fabuły jest nierówne, raz ciągnące się jak roztopiony cukierek toffi, raz śmigające niczym samolot odrzutowy. Do połowy książki akcja ciągnęła mi się niemiłosiernie i zmieniło się to dopiero w momencie, w którym plan Szarego Króla wchodzi w zdecydowanie dla Locke'a nieprzyjemną fazę. Od tej chwili obgryzałam z nerwów paznokcie, nie przeczę, udało się Lynchowi zrehabilitować się nieco za początkową nudę. Szkoda tylko, że tak późno.

   "The Lies of Locke Lamora" to książka dobra językowo i fabularnie, choć ze sporymi mankamentami w postaci dosyć płaskich bohaterów i niezbyt szybkiego początku. Szukających ambitniejszej odmiany fantastyki może ona zawieść, spodoba się natomiast na pewno tym, którzy lubią złodziejskie intrygi i szybki, emocjonujący finał. Ja po kolejne części sięgnę z pewnością, z nadzieją, że Niecni Dżentelmeni rozwiną się jako postaci, a Scott Lynch wyrówna tempo prowadzenia akcji.


tytuł: The Lies of Locke Lamora
autor: Scott Lynch
cykl: Gentelman Bastards
wydawnictwo: Spectra
ilość stron: 752



ocena: ★★★☆☆ 1/2

wtorek, 9 stycznia 2018

Od złodzieja do... - Megan Whalen Turner "The Queen of Attolia" i "The King of Attolia"

   Wyobraźmy sobie oliwne gaje, świątynie poświęcone bogom wszelakim, wojowników w zbrojach założonych na tunikę. Wyobrażone? Dobrze, teraz dodajmy do tego broń palną w postaci muszkietów i armat i pokropmy dla smaku intrygami na królewskich dworach i podstępną politykę. Wychodzi nam z tego ciekawy miszmasz, który wbrew wszelkim znakom na ziemi i niebie działa i wciąga. Do  tego pomieszania z poplątaniem dodajmy jeszcze władczynie dwóch walczących ze sobą królestw i złodzieja, a otrzymamy świetne opowieści fantastyczne, jakimi są druga i trzecia część cyklu o Złodzieju Królowej autorstwa Megan Whalen Turner.

   W "The Queen of Attolia" ponownie spotykamy się z Genem, czy też raczej Eugenidesem, niedługo po jego powrocie do kraju rodzinnego. Tym razem nasz złodziej pakuje się w poważne tarapaty, gdy jego misja na dworze Królowej Attolii przybiera mroczny obrót i kończy się w lochach zamku Attolii. Od tego momentu życie królewskiego złodzieja nigdy już nie będzie takie same, podobnie jak losy obu królestw i ich władczyń. Decyzje podjęte przez Attolię i Eddis zmienią oblicze ich krain i doprowadzą do wojny, w którą wplątuje się również podstępny ambasador imperium Medea, Nahuseresh.

   "The King of Attolia" opowiada dalsze losy naszego złodzieja i Królowej Attolii, widziane oczyma członka Królewskiej Straży, Costisa. Tego młodego człowieka poznajemy w momencie, gdy oczekuje na karę za przyłożenie Eugenidesowi pięścią w twarz. Jak widać, nie ma miłości między strażnikami Attolii a byłym złodziejem. Eugenides jednak ma plan, który pozwoli mu nie tylko na zdobycie zaufania Costisa, ale także na skradnięcie całego kraju.

   Po przeczytaniu "The Thief"miałam wrażenie, że seria o Złodzieju Królowej będzie lekką, przyjemną, acz niezbyt skomplikowaną historyjką młodzieżową z sympatycznym bohaterem i niezbyt szybką, choć emocjonującą akcją. Jak strasznie się myliłam! "The Queen of Attolia" zdaje się wręcz napisana być przez zupełnie inną autorkę. Nie ma już pojedynczej perspektywy głównego bohatera, nie ma lekkiej i zabawnej przygody w grupie paru zaledwie postaci. Przelewki się skończyły, na szali leżą losy królestw, a w centrum całego zamieszania mamy Eugenidesa oraz królowe Attolii i Eddis. To właśnie z perspektywy tych dwóch ostatnich, bardziej niż Eugenidesa, śledzimy rozwój akcji. Obie władczynie są świetnie napisanymi postaciami kobiecymi, silnymi, ale bynajmniej nie niezwyciężonymi. Attolia walczy o swój kraj nie tylko z zagrożeniami z zewnątrz, ale również z nieposłusznymi baronami, którzy nie potrafią znieść samotnej kobiety na tronie. Równocześnie królowa toczy wewnętrzną walkę z samą sobą i z wyrzutami sumienia po tym, czego się dopuściła w stosunku do Gena. Eddis stawia czoła zupełnie innym problemom. Mieszkańcy jej kraju kochają bowiem swoją ubraną w spodnie, wojowniczą władczynię, więc nie tu leży problem. Eddis leży w górach, zależny jest od importu wielu potrzebnych do życia materiałów i wojna na dwa fronty, z Attolią z jednej, a Sounis z drugiej, powoli prowadzi kraj na granicę upadku. Sprawy nie ułatwia fakt, że po wyswobodzeniu z lochów Attoli Eugenides ma problemy z powrotem do zdrowia fizycznego, a jeśli chodzi o psychiczne, to jest jeszcze gorzej.

   Druga część cyklu to zupełnie inny styl literacki, bardziej poetycki i liryczny. Także pod względem fabuły różni się od "The Thief" ogromnie. Na tor pierwszy wychodzi polityka wewnętrzna i zewnętrzna, a intryga goni intrygę. Władczynie Attolii i Eddis stają się pełnokrwistymi, skomplikowanymi postaciami, a Eugenides okazuje się być wrażliwym, a równocześnie niezwykle przebiegłym i inteligentnym młodym człowiekiem. Skończyłam czytać książkę zachwycona zarówno postaciami, które polubiłam ogromnie, jak i fabułą.

   Myślałam, że już lepiej być nie może, lecz "The King of Attolia" udowodnił mi, że się myliłam. To z pewnością moja ulubiona część serii, przede wszystkim ze względu na spojrzenie na Gena i Attolię z zewnątrz, z perspektywy obcej osoby. Costis, sam w sobie zresztą będący postacią ciekawą i sympatyczną, ma na początku książki bardzo ugruntowaną opinię na temat Złodzieja z Eddis i obserwacja tego, jak się ona zmienia jest niezwykle satysfakcjonującym przeżyciem. Młody członek Królewskiej Straży nie ma wglądu w intrygi Eugenidesa i królowej Attolii (podobnie zresztą jak czytelnik, przy czym ten drugi ma nad Costisem przewagę, ponieważ zna już inteligencję i przebiegłość Złodzieja), tym większe jest więc jego zaskoczenie i podziw, gdy dowiaduje się, jak dogłębnie i chyrze zaplanował sobie Gen największą "kradzież" w swojej złodziejskiej karierze. Osobiście uwielbiam być świadkiem poczynań inteligentnych, szczwanych lisów, zwłaszcza gdy przez większość czasu zakładają maskę kogoś, kim zupełnie nie są, dzięki czemu udaje im się oszukać wszystkich naokoło. Uwielbiam również obserwować reakcję i szok innych bohaterów na odkrycie prawdziwej natury tych postaci. W książce o królu Attolii mamy takich momentów sporo i nie raz zdarzyło mi się złośliwie uśmiechnąć, widząc, jak świat przewraca się do góry nogami temu czy innemu członkowi dworu królewskiego. A choć tym razem skala wydarzeń opisanych w książce jest mniejsza, bo ogranicza się właściwie do stolicy Attolii, intryg politycznych nie brakuje, a nawet zdają się być bardziej skomplikowane. Na szczęście Eugenides do przywołanych wcześniej szczwanych lisów należy i nie tak łatwo go pokonać i zniszczyć.

   Tak jak napisałam wcześniej, styl pani Turner ulega w tych dwóch książkach całkowitej przemianie w stosunku do pierwszej części cyklu, przez co zmienia się również wiek docelowej grupy czytelników. O ile "The Thief" to książka dla nieco starszych dzieci i młodszej młodzieży, o tyle niektóre z tematów poruszanych w kolejnych częściach serii (jak chociażby wojna, tortury, depresja) bardziej odpowiednie są dla starszej młodzieży, a i dorośli poczują się usatysfakcjonowani.

   Minusy? Niektórzy mogą mieć problem z powolnym bądź co bądź rozwojem akcji, innym może przeszkadzać skupienie się na wewnętrznych przeżyciach bohaterów i relacjach między nimi kosztem opisów bitew czy strategii wojennych. Dla mnie jedynym zgrzytem była broń palna, która średnio pasowała mi do stworzonego przez panią Turner świata. Na szczęście pojawiała się ona rzadko i przez większą część książek nie pamiętałam o jej istnieniu.

   Na zakończenie dodam, że mimo iż książek o Królowej i Królu Attolii nie wypełniają spektakularne bitwy, trup nie ściele się gęsto, a magii właściwie nie ma (elementy nadnaturalne ograniczają się do sporadycznych wizyt bogów), czytałam je z wypiekami na twarzy, kibicując Eugenidesowi z całych sił. Dawno nie spotkałam bowiem na kartach książki fantastycznej złodzieja, któremu udało się skraść moje serce, jak udało się to Złodziejowi Królowej.


tytuł: The Queen of Attolia
autor: Megan Whalen Turner
cykl: Queen's Thief
wydawnictwo: Greenwillow Books
ilość stron: 368


ocena: ★★★★☆







tytuł: The King of Attolia

autor: Megan Whalen Turner
cykl: Queen's Thief
wydawnictwo: Greenwillow Books
ilość stron: 387


ocena: ★★★★☆ 1/2

piątek, 5 stycznia 2018

Czytelnicze postanowienia noworoczne ☆ミ

   Postanowienia noworoczne to coś, czego nigdy do tej pory nie robiłam, ani w sferze czytelniczej, ani w życiu prywatnym. Przyznaję, głównym powodem był zawsze brak wiary, że uda mi się w stu procentach wypełnić to, co sobie założyłam. A jeśli nie w stu procentach, to po co się męczyć?

   Założenie bloga stało się swego rodzaju wyzwaniem i zarazem punktem wyjścia w dążeniu do zróżnicowania mojego życia czytelniczego. Po raz pierwszy udało mi się w miarę regularnie pisać recenzje przeczytanych książek. Po raz pierwszy zaczęłam również sięgać po gatunki, które do tej pory nie stanowiły nawet dziesiątej części moich lektur. Zauważyłam również wzrost ilości przeczytanych książek w językach innych niż polski. I cóż, podoba mi się to, że czytelniczo się rozwijam, że odkrywam pozycje inne niż moja ukochana fantastyka! Stąd właśnie wyzwania noworoczne, z tej chęci dalszego rozwoju, z potrzeby postawienia sobie poprzeczki wyżej, z czystej ciekawości, czy będę w stanie wykonać choć część planu.

   Postanowienia noworoczne dotyczą zarówno książek, jak i tego bloga, od tak, żeby od razu zacząć z grubej rury. Przejdźmy do tych pierwszych.

  • Przejrzałam listę przeczytanych w zeszłym roku książek i nie znalazłam na niej ani jednej pozycji z klasyki literatury. Nigdy mi to specjalnie nie przeszkadzało, zawsze skupiałam się na czytaniu tego, co lubię, ale ostatnio zaczęłam dochodzić do wniosku, że warto by zapoznać się z największymi dziełami literackimi, chociażby po to, żeby móc w 2019 roku stwierdzić, że nie ma się co zmuszać do ich czytania tylko dlatego, że okrzyknięte są wielkimi i wspaniałymi. Pomoże mi w tym cudowna Kirima z jej wyzwaniem czytelniczym "Poczytajmy klasykę!" Wyzwanie ma dwie osobne kategorie: pierwsza z nich dotyczy szeroko pojętej klasyki, nie ograniczającej się do żadnego konkretnego gatunku, druga natomiast zawężona jest do klasyki literatury fantastycznej, a ponieważ nie lubię robić rzeczy połowicznie, spróbuję z oboma wyzwaniami. Można wybrać opcję comiesięczną i kwartalną, ja zdecydowałam się na tę drugą ze względu na nieregularny rodzaj mojej pracy i niemożność stwierdzenia, ile czasu w danym miesiącu będę miała na czytanie.

  • Kolejne postanowienie to czytanie przynajmniej jednej książki polskiego autora w miesiącu. Wierzę, że mamy na naszym polskim poletku literackim wielu wspaniałych twórców tudzież ciekawych opowieści. Liczę tu zwłaszcza na szeroko pojętą fantastykę, której sporo ostatnimi czasy widziałam na blogach innych recenzentów.
  • Ostatnie stricte książkowe postanowieniem związane jest z prezentem od koleżanki z Estonii, o którym wspomniałam we wpisie dotyczącym świątecznego book haulu. Dostałam od niej dwie pozycje w języku japońskim i niech mnie piorun strzeli, jeśli ich nie przeczytam w tym roku! Same mangi pomagają mi w odświeżaniu języka, ale nie pomogą w zapamiętywaniu znaków i rozwijaniu konstrukcji gramatycznych, dlatego czas wypłynąć na głębszą japońską wodę i zmierzyć się z językiem w wydaniu książkowym.
   Jeśli chodzi o postanowienia blogowe, to jest ich tyle samo, ile książkowych. Oto one.
  • Chciałabym pisać bardziej regularnie. To moja największa bolączka, spowodowana w dużej mierze nieregularnością mojej pracy. Często zalegam przez nią z recenzjami, których w końcu nie piszę, bo minęło sporo czasu od momentu przeczytania książki. Spróbuję sobie poradzić z tym w ten sposób, że każdego miesiąca parę dni wolnych poświęcę pisaniu recenzji w oparciu o notatki, które ostatnio zaczęłam podczas czytania robić, a następnie zamieszczać je będę stopniowo, może dwa razy w tygodniu? Zobaczymy, jak będzie to wyglądało w praktyce.
  • Choć od założenia Chmurzastego Zaczytania minęło ponad pół roku, nie pojawiło się na nim ani jedno miesięczne podsumowanie, czy to przeczytanych książek, czy zamieszczonych wpisów. Tak, wiem, nie jest to coś, co na blogu musi się pojawić, ale ja osobiście bardzo lubię czytać tego typu podsumowania u innych, więc dlaczego by nie spróbować także tutaj?
  • Planuję zamieszczać co jakiś czas wpisy poświęcone sprawom nie tylko książkowym. Pod koniec 2017 roku pojawiła się tu recenzja najnowszej części Gwiezdnych Wojen i choć do kina nie chodzę aż tak często, chciałabym podzielić się swoimi przemyśleniami na temat filmów, które zrobiły na mnie wrażenie, zarówno pozytywne, jak i negatywne. Chciałabym również od czasu do czasu zamieścić na blogu zdjęcia, które niekiedy pojawiają się na moim (nieksiążkowym) instagramie, najczęściej jednak siedzą na dysku komputera, ukryte przed wzrokiem innych, a szkoda, bo niektóre miejsca warte są tego, by je podziwiać. 
  • Z każdym kolejnym book haulem powiększa się moja lista do przeczytania. Ponieważ trzeba coś z tym zrobić, postanowiłam, że w każdym miesiącu przeczytam przynajmniej jedną czwartą pozycji z poprzedniego book haula. Przykładowo w grudniu przyszło do mnie 12 książek, w styczniu chciałabym więc przeczytać co najmniej 3 z nich. W ten sposób stos TBR nadal będzie duży, ale już nie ogromny.

   Co sądzicie o moich postanowieniach? Ciekawi mnie Wasza opinia na temat zwłaszcza tych blogowych, ale i o czytelniczych z chęcią poczytam. Jak tam Wasze postanowienia, macie takowe? Dajcie znać, z chęcią przekonam się, jak planujecie swój nowy rok.

czwartek, 4 stycznia 2018

Uważajcie na bibliotekarzy! - Brandon Sanderson "Alcatraz kontra bibliotekarze. #1 Piasek Raszida"

   Ekhem. Porozmawiajmy o mojej obsesji Brandonem Sandersonem. Ostatnie dwa miesiące minionego roku minęły mi pod znakiem Archiwum Burzowego Światła i ktoś mógłby powiedzieć, że po przeczytaniu trzech ogromnych cegieł, jakimi są tomiszcza tworzące ten cykl, powinnam mieć dosyć Sandersona na najbliższe pół roku albo i więcej. Okazuje się jednak, że wystarczyło pójść do księgarni bez konkretnego zakupowego planu, bym wyszła z kolejną książką tego autora, którą zresztą natychmiast przeczytałam.

   "Alcatraz kontra bibliotekarze. #1 Piasek Raszida" to pierwszy tom serii, która stanowiła dla mnie sporą zagadkę. Wiedziałam, że jest przeznaczona dla młodszych czytelników, wiedziałam również, że i wśród niektórych starszych czytelników cieszy się dobrą opinią. I tyle. Brandon Sanderson kojarzy się większości z nas z ogromnymi, skomplikowanymi księgami adult fantasy i tam tak naprawdę rozwija skrzydła. Cykl młodzieżowy o Mścicielach, choć nie najgorszy, zupełnie w moim przekonaniu nie równa się nawet z takim choćby "Elantris", nie mówiąc o reszcie książek Sandersona. Dlatego też opowieść o Alcatrazie była wielką niewiadomą, no bo jak komuś, kto stanowczo lepiej czuje "dorosłą" literaturę może wyjść książka dla naprawdę młodego czytelnika?

   Okazuje się, że może, i to dobrze. "Alcatraz kontra bibliotekarze" opowiada historię Alcatraza, chłopca o niezwykłym, więziennym imieniu, który ma wyjątkowy, niespotykany wręcz talent do psucia rzeczy. Nie mówimy o zepsuciu komputera czy roweru, o nie. Alcatraz dosłownie nie może dotknąć rzeczy, by nie spowodować jej rozpadnięcia, odpadnięcia (wszystkie możliwe klamki nie są przed nim bezpieczne), spalenia, itd. Z tego też powodu w żadnej rodzinie zastępczej nie zagrzewa miejsca na dłużej, bo też nikt nie jest w stanie na dłuższą metę znieść tej chodzącej katastrofy. W dniu trzynastych urodzin nasz bohater otrzymuje paczuszkę z woreczkiem piasku i od tego momentu jego życie przybiera nader niespodziewany kierunek. Dziwny dziadek, dziewczyna z mieczem w torebce, mroczne biblioteki i dużo, naprawdę dużo soczewek - to wszystko staje na drodze chłopca, który odkrywa, że jego nieszczęsny "talent" tak naprawdę jest Talentem przez duże T i stanowi najmniejszy z jego problemów.

   Przyznaję, że nie wiedziałam, czego się spodziewać po tej książce, ale Sanderson jak zwykle mnie nie zawiódł.

   Po pierwsze konstrukcja świata: niby opowieść rozgrywa się w naszej obecnej rzeczywistości, ale wraz z kolejnymi stronami przekonujemy się, że tak naprawdę wszystkie informacje o świecie, jakie mamy, są kłamstwami wymyślanymi przez Bibliotekarzy, a rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej, niż nam się wydaje.

   Po drugie humor: niby wiedziałam, że Sanderson potrafi być dowcipny i zabawny, ale w tej książce cięty, ironiczny humor powodował, że co rusz wybuchałam śmiechem. "Alcatraz..." pisany jest pierwszoosobowo z perspektywy głównego bohatera. Jego sarkastyczny sposób myślenia wydaje się niekiedy zbyt dorosły, jak na trzynastolatka, ale należy pamiętać o tym, że książka jest wspomnieniami starszego już Alcatraza (piszącego pod pseudonimem Brandona Sandersona, żeby wszystko było jasne), który przedstawia nam początki swoich młodzieńczych przygód.

   Po trzecie postaci: sam Alcatraz stara się przekonać nas, że jest postacią samolubną, niesympatyczną i głupią, co zupełnie mu nie wychodzi (tak sympatycznego i mało denerwującego trzynastolatka już dawno nie spotkałam na kartach książki), Dziadek Smedry jest kochanym, spóźnialskim staruszkiem z bystrym umysłem, Bastylia kopie tyłki, nie przestając narzekać, a Sing i Quentin to para kuzynów Alcatraza z najbardziej pokręconymi talentami ze wszystkich (kudos dla każdego, kto wymyśli talent dziwniejszy niż potykanie się i przewracanie na ziemię tudzież talent do mówienia rzeczy niemających najmniejszego sensu). Nie sposób tej bandy dziwolągów nie polubić i nie kibicować ich poczynaniom.

   Brandon Sanderson napisał książkę dla młodszej młodzieży z fabułą na pierwszy rzut oka dosyć banalną i typową, która jednak dzięki stylowi autora, jego pokręconym pomysłom i ironicznemu humorowi ma w sobie coś więcej, niż można by się spodziewać. Sanderson przemyca sporo spostrzeżeń na temat dorastania, społeczeństwa, popkultury, a nawet filozofii (bo i Platon ze swoją jaskinią się tu pojawi, czemu nie), a wszystko to okraszone jest dużą dozą sarkazmu i ciętego dowcipu. Cieszę się, że od tej pozycji zaczęłam czytelniczy nowy rok, bo nie ma lepszego początku od takiego wypełnionego dobrą lekturą i śmiechem.

   "Piasek Raszida" to dopiero wstęp do przygód Alcatraza i jego przyjaciół, który zaledwie uchyla rąbka tajemnicy świata Ciszlandów i Wolnych Królestw. Jak potoczą się dalsze losy bohaterów, czy Alcatraz odnajdzie ojca, czy zapanuje w pełni nad swoim talentem? Na szczęście dwa kolejne tomy cyklu są w sprzedaży, więc przekonać się będę mogła już wkrótce.



autor: Brandon Sanderson (pseudonim literacki Alcatraza Smedry'ego)
tytuł: Alcatraz kontra bibliotekarze. #1 Piasek Raszida
cykl: Alcatraz kontra bibliotekarze
wydawnictwo: IUVI
ilość stron: 312


ocena: ★★★★☆

poniedziałek, 1 stycznia 2018

Świąteczny book haul - grudzień 2017 ☆ミ

   Ostatni book haul minionego już roku nazwany został świątecznym (choć żadnej z tych książek nie otrzymałam w prezencie gwiazdkowym), ponieważ większość pozycji kupiłam w okresie około świątecznym, a poza tym ładnie to brzmi.

   Pod względem ilościowym przyznaję, popłynęłam, po dwóch kiepskich zakupowo miesiącach tym razem postanowiłam iść na całość, szastając pieniędzmi a to w komiksiarni, a to w Świecie Książki. Jak już nikt nie chce mi zrobić prezentu, to muszę zadbać o nie sama, prawda? 😉

   Na moich półkach pojawiło się w ostatnim miesiącu roku dwanaście nowych pozycji, z których tylko dwie otrzymałam od koleżanki, a resztę nabyłam sama. Statystyki wyglądają następująco:

  • trzy pozycje japońskojęzyczne, z których jedna to manga, jedna jest magazynem o muzykach, a ostatnia to młodzieżówka,
  • jedna pozycja anglojęzyczna, choć autorstwa pisarza japońskiego,
  • cztery pozycje wydane w Polsce, w tym dwie książki dla młodszych czytelników,
  • cztery komiksy, zdobyte w wyprzedaży komiksiarni przy stacji metra Natolin.

   Zacznijmy od pozycji japońskich, bo to one jako pierwsze w tym miesiącu cieszyły moje oko. Na samym początku grudnia w sprzedaży pojawił się najnowszy, 29-ty tomik "Haikyuu!", który oczywiście natychmiast wpadł w moje ręce. Parę dni później poczta polska poinformowała mnie o przesyłce do odebrania. Nie spodziewałam się żadnego listu ani paczki, tym większe więc były moje zaskoczenie i radość, gdy okazało się, że koleżanka z Estonii, z którą znamy się od czasów stypendium w Tokio, wysłała mi dwie książki! Pierwszą z nich jest magazyn muzyczny Rock and Read, składający się przede wszystkim z długich wywiadów przeprowadzonych z japońskimi muzykami. Drugą z nich jest "Nobuta wo Produce" autorstwa Gena Shiraiwa, książka opowiadająca o dwójce uczniów japońskiego liceum, którzy postanawiają zamienić swoją zahukaną i nieśmiałą koleżankę w najpopularniejszą dziewczynę w szkole. Na podstawie tej opowieści powstała drama telewizyjna, którą bardzo lubiłam, a którą z czystym sumieniem mogę polecić wszystkim tym, którzy lubią historie dziejące się w liceum. "Nobuta..." stanowi również jedno z moich wyzwań noworocznych, o których więcej napiszę w osobnym poście.



   Jedyną w tym miesiącu pozycją anglojęzyczną jest przewrotnie książka autorstwa japońskiego pisarza Akutagawy Ryūnosuke, na dodatek kupiona w Japonii. Muszę się w tym miejscu do czegoś przyznać - za czasów studenckich nie znosiłam czytać japońskiej klasyki, bo była dla mnie nudna, udziwniona i po prostu nie do przejścia. Teraz jednak mam ochotę sięgnąć po dzieła znanych Japończyków, by przekonać się, czy rzeczywiście jest to literatura nie dla mnie, czy po prostu, jak to z klasyką wymaganą w procesie uczenia często jest, utwory wybrane przez wykładowców nie należały do najciekawszych, a jedynie najbardziej znanych. W każdym razie tytuł "Japanese Short Stories" zachęca mnie już samym słowem short. Nawiasem mówiąc, kupowanie książek w Japonii to sama przyjemność! Podchodzę do kasy, kładę Akutagawę na ladzie, a pani sprzedawczyni pyta mnie, czy chciałabym, żeby go oprawiła. Bez żadnych dodatkowych opłat, po prostu po to, żeby się nie zniszczyła. Ach, ta Japonia...


   Pora przejść do komiksów. Dawno już nie zdarzyło mi się kupić jednego nawet komiksu, a tu proszę, wyszłam z komiksiarni z czterema! Wielka szkoda, że sklep będzie działał tylko do 10-go stycznia, bo dopiero go odkryłam. Za to wszystkie komiksy przecenione były o 30%, dzięki czemu mogłam sobie pozwolić na zakup wielkich tomiszczy z minimalnym tylko poczuciem winy. Pan komiksiarz był niezwykle pomocny w wybieraniu pozycji, bo weszłam do sklepu z zamiarem zakupów, tylko bez planu, co bym chciała zdobyć. Zgodnie z jego rekomendacjami wybrałam dwa komiksy z gatunku kryminalno-sensacyjnego: "Blacksad" utrzymany w klimacie filmu noir, gdzie bohaterem jest czarny kot, będący prywatnym detektywem (kot! musiałam to mieć), oraz "Velvet", szpiegowska seria w stylu Bonda, gdyby Bond był kobietą. Ponadto skusiłam się na "Daredevil Żółty", bo lubię opowieści o tym bardzo swojskim superbohaterze, a ponadto spodobała mi się kreska. Kupiłam również ogromną, ciężką cegłę, jaką jest "Ekspedycja: bogowie z kosmosu". Z tym ostatnim komiksem wiąże się krótka anegdota. Poprosiłam mianowicie pana komiksiarza o rekomendację jakiejś opowieści s-f, i dostałam w łapy tę potężną pozycję, po otworzeniu której wydałam z siebie okrzyk radości. Okazało się bowiem, że część zeszytów z tej serii czytałam jeszcze za czasów podstawówki i zupełnie o tym zapomniałam, ale wystarczył rzut oka na rysunki, bym sobie przypomniała. Już się cieszę na powrót do dzieciństwa (choć treść bynajmniej dla dzieci nie jest odpowiednia w tym starym, ale jarym s-f).


   Ostatnimi zdobyczami grudniowymi są książki znalezione w Świecie Książki, do którego wybrałam się z Mamą, szczęśliwą posiadaczką karty stałego klienta. Nie miałam żadnych konkretnych tytułów na myśli i obawiam się, że widać to w doborze pozycji. Na pierwszy ogień poszedł Brandon Sanderson. Tak, wiem, jestem monotematyczna. Na swoją obronę mam to, że do serii "Alcatraz kontra Bibliotekarze" przekonały mnie pozytywne opinie na wielu blogach, a także ciekawość, jak też sandersonowość wygląda w wydaniu dziecięcym. Dziś zabieram się za czytanie, recenzja już wkrótce.


   Kolejną pozycją dla młodszego czytelnika (czy aby na pewno?) jest Terry Pratchett i jego "Świat kupek". Pratchetta uwielbiam, podobnie jak Sama Vimesa i całą jego rodzinę, wychodzę więc z założenia, że ulubiona książka młodego Sama musi być fascynującą lekturą. A że o kupkach? Tym lepiej i ciekawiej!


   Przeskakuję teraz z fantastyki dziecięcej do poważnej fantasy dla dojrzałych czytelników. Gdyby ktoś mnie zapytał, jakie są moje ulubione cykle fantasy, to oprócz Sandersona i Tolkiena musiałabym wymienić również Tada Williamsa z jego cyklem "Pamięć, smutek i cierń". Ależ ja uwielbiałam te książki! Ciekawy świat, bohaterowie na stałe goszczący w moim sercu, starożytna magia i nadchodzący Ineluki, to wszystko w wielotomowym dziele, czy można chcieć więcej? Straciłam nadzieję, że kiedykolwiek dane będzie mi powrócić do tego świata, dlatego tym bardziej zachwycona byłam, kiedy wzrok mój padł na "Serce świata utraconego", w którym ponownie spotkamy niektóre ze znanych nam postaci, jak choćby księcia Isgrimnura, i dowiemy się, co działo się w Osten Ard po pokonaniu Inelukiego. Williams sprawił mi tym sposobem jedną z najsympatyczniejszych niespodzianek tamtego roku. Drodzy Odwiedzający, jeśli nie znanie tego cyklu, przeczytajcie koniecznie, myślę, że nie będziecie żałować.


   Ostatnią z książek kupionych w Świecie Książki, po którą sięgnęłam będąc niemal przy wyjściu ze sklepu, jest "Język cierni" Leigh Bardugo. "Szóstka wron" jej autorstwa przypadła mi do gustu, "Królestwo kanciarzy" nadal przede mną, natomiast "Język cierni" to, przyznaję bez bicia, zakup wybitnie okładkowy. Całe zresztą wydanie jest przepiękne, z cudownymi ilustracjami na każdej stronie. Czytałam także pochlebne opinie o zawartości nieobrazkowej, przeczytamy zobaczymy.



   Dziś Nowy Rok, początek nowego czytelniczego rozdziału w moim życiu, w który wchodzę z całkiem różnorodnymi pozycjami, mając nadzieję, że cały rok 2018 będzie równie zróżnicowany, i równie bogaty, jak ten grudniowy book haul. Czego i Wam, drodzy Odwiedzający życzę 💖

niedziela, 31 grudnia 2017

Rok 2017 w czytelniczym podsumowaniu ☆ミ

   Minęło zaledwie pół roku, od kiedy pojawił się na Chmurzastym Zaczytaniu pierwszy wpis. Sześć miesięcy wypełnionych intensywnym, jak na moje możliwości, czytaniem, sięganiem po gatunki, do których do tej pory nie zaglądałam prawie w ogóle, pisaniem recenzji i robieniem zdjęć książek (po raz pierwszy w życiu). Czy jestem zadowolona z czytelniczego roku 2017? Jak najbardziej! Czy chciałabym, by 2018 był pod względem książkowym jeszcze lepszy? Oczywiście!

   Nie będę wypisywać top 10 swoich ulubionych czy najbardziej nielubianych książek, bo wielu blogerów zrobiło to już w sposób o wiele lepszy i ciekawszy, niż ja bym potrafiła. Żeby jednak w jakiś sposób podsumować mijający rok, postanowiłam sięgnąć do pytań znalezionych u Lali na kanale BooksandLala. Ponieważ Zaczytanie nie ma nawet roku, w odpowiedziach znajdą się prawdopodobnie zarówno książki, których recenzje na blogu możecie przeczytać, jak i takie, które przeczytałam w pierwszej połowie roku, przed historycznym wpisem numer 1.

   Zaczynajmy!

  • Ile książek przeczytałaś w tym roku? 
   Posiłkując się moim kontem na lubimyczytać odpowiedź brzmi 78. W rzeczywistości było ich o dwie więcej, ale ze względu na ich wręcz tragiczny poziom literacki wyrzucam je z głowy. Nie wliczam również książek czytanych po raz kolejny, a tych było sporo.
  • Najczęściej czytany gatunek. 
   Bez dwóch zdań fantastyka, która króluje na moich listach od bardzo dawna i prędko się to nie zmieni. Na 78 przeczytanych książek około 50 to książki fantasy i s-f (nie wliczając horrorów i komiksów). Mimo to jestem pozytywnie zaskoczona, jak wiele pozycji z innych gatunków przeczytałam, nawet literatura faktu się pojawiła, co jest chyba największym zaskoczeniem.
  • Najdłuższa i najkrótsza książka tego roku. 
   Najdłuższa książka chyba nikogo nie zdziwi, gdyż jest nią "Oathbringer" Brandona Sandersona, który w wersji oryginalnej nie jest podzielony na dwa tomy, dzięki czemu może służyć jako broń zaczepna (1243 strony). Najkrótszą przeczytaną książką był "The Spookshow" Tima McGregora, ale jako kiepski horror staram się o nim nie mówić. Dlatego nagroda dla największego mikrusa przypada "Every Heart a Doorway" Seanan McGuire (173 strony).
  • Ulubiona nowa publikacja roku 2017. 
   I znowu nagroda wędruje do Brandona Sandersona. Co ja poradzę na to, że wyczekiwałam na tę książkę latami i jak już się pojawiła, nic nie może jej przebić. Ale żeby nie być monotematyczną, wspomnę również o "The Gentleman's Guide to Vice and Virtue" Mackenzi Lee, zabawnej i sympatycznej opowieści o podróży przez Europę i odkrywaniu samego siebie, oraz "Pypciach na języku" Michała Rusinka, inteligentnym i prześmiesznym zbiorze anegdotek o języku
  • Ulubiona książka opublikowana przed 2017 rokiem.
   Tutaj muszę wymienić dwie pozycje, obie przeczytane po angielsku, obie będące pierwszymi pozycjami, do których sięgnęłam w twórczości tych autorów. Pierwszą z nich jest "We Are the Ants" Shauna Davida Hutchinsona. Niby młodzieżówka, niby nic odkrywczego, a zapadła mi w pamięć i do dziś myślę o niej za każdym razem, gdy mam ochotę na jakąś książkę ya. Planuję ją przeczytać ponownie w 2018 roku, wtedy na pewno doczeka się ona mojej recenzji, a do tego czasu polecam z całego serca. Drugą z ulubionych pozycji jest "Vicious" V.E.Schwab, moja jak na razie ulubiona książka tej autorki, opowieść pełna bohaterów niejednoznacznych, niekoniecznie pozytywnych, z ciekawie, nielinearnie prowadzoną fabułą. Również tę pozycję chciałabym wkrótce przeczytać raz jeszcze.
  • Książka, która zasłużyła na swój rozgłos. 
   Cykl o Kruczych Chłopcach Maggie Stiefvater. Nie spodziewałam się tak polubić tej czterotomowej serii, a tu proszę. Przekonał mnie do siebie język autorki, bardzo liryczny i pasujący do tej opowieści, przekonali mnie do siebie bohaterowie, przekonała mnie wreszcie sama historia.
  • Książka, która NIE zasłużyła na swój rozgłos.
   Być może się komuś narażę, ale w tej kategorii absolutnym zwycięzcą jest dla mnie "Night Circus" Erin Morgenstern. Książka napisana ładnym językiem, z niesamowitymi wręcz obrazami baśniowego nocnego cyrku, nie przeczę, lecz równocześnie książka z bohaterami, których byli mi zupełnie obojętni, napisana właściwie nie wiadomo, po co, bo fabularnie nic w niej ciekawego się nie działo, a i wyciągnąć z niej nic mi się nie udało. Nie zrozumcie mnie źle, dałam jej 6 na 10 gwiazdek na lubimyczytać, bo czytało się szybko i przyjemnie, ale nie zasługuje ona wg mnie na uwielbienie, jakim wielu czytelników ją darzy.
  • Książka, której przeczytanie uważasz za swoje największe osiągnięcie.
   Książka, która nie tylko jest jedną z moich ulubienic 2017 roku, ale która jest również dowodem na to, że z tworzeniem końcoworocznych podsumowań należy czekać do ostatniego dnia roku. Mowa o dziele Christophe'a Galfarda "Wszechświat w twojej dłoni". Przeczytanie jej przyniosło mi nie tylko ogromną satysfakcję i poczucie dumy, ale także było jedną z najciekawszych i najbardziej fascynujących podróży czytelniczych, jakie odbyłam w tym roku. Polecam!
  • Ulubiony bohater. 
   Moim ulubieńcem jest Dalinar Kholin z Archiwum Burzowego Światła Brandona Sandersona, co do tego nie ma wątpliwości. Ponieważ jednak zakładam, że chodzi o ulubionego bohatera poznanego w tym roku, pierwsze miejsce przyznaję Ganseyowi z "Króla kruków" i Steris z "Żałobnych opasek" Brandona Sandersona. Gansey ❤ skradł mi serce swoim zapałem i tą cechą, która powoduje, że nie sposób powiedzieć mu nie. Steris ❤ wygrała dzięki trzeźwemu spojrzeniu, ostremu językowi i byciu sobą, nawet jeśli nikomu się to nie podoba.
  • Znienawidzony bohater. 
   Eli z "Vicious" V.E.Schwab, nie znoszę gościa równie mocno, jak uwielbiam Victora z tej samej powieści. Wkurzający, opętany religią psychopata, grrrr.

  • Ulubiona para/OTP. 
   Nie będę oryginalna, gdy powiem, że Dalinar i Navani z "Oathbringera" Sandersona? No dobrze, niech będzie Wax i Steris z drugiej trylogii dziejącej się w świecie "Ostatniego Imperium". Może również być Wax i Wayne, bo ich rozmowy doprowadzały mnie do łez śmiechu.
  • Ulubiona okładka tego roku.
   I ponownie pojawi się tu "Vicious" V.E.Schwab, który to już raz? Zresztą kobieta ma szczęście do okładek, bo jej cykl "Odcienie magii" również może się pochwalić prześliczną oprawą graficzną.

  • Która książka doprowadziła Cię do płaczu? 
   "Oathbringer" bo śmierć kogoś, kogo imienia nie zdradzę, oraz "We Are the Ants", bo traumatyczne przeżycia młodości i radzenie sobie z depresją i śmiercią ukochanej osoby.

  • Która książka rozbawiła Cię najbardziej? 
   Bez wątpienia "The Lightning-Struck Heart" TJ Klune'a. Poziom dowcipu nie jest w niej najwyższy, a ponadto niezwykle gejowski i przepełniony seksem, ale na różowe jednorożce, dawno tak mnie brzuch nie bolał ze śmiechu jak przy czytaniu tej książki.

  • Ulubiona książka przeczytana ponownie.
   Musiałam zakończyć Sandersonem, musiałam. Cały listopad poświęciłam na przypominanie sobie, co też działo się w "Drodze królów" i "Słowach światłości" i była to jak zwykle czysta przyjemność. Te dwie książki, ale również twórczość Sandersona ogółem to coś, do czego mogę wracać raz za razem i nigdy się nie znudzić.



   I jak, drodzy Odwiedzający, spodobała się Wam taka forma podsumowania roku? Ja osobiście z przyjemnością raz jeszcze wróciłam na chwilę do przeczytanych książek. Mogę tylko mieć nadzieję, że nadchodzący wielkimi krokami Nowy Rok przyniesie mi równie wiele, jak nie więcej, czytelniczych radości i wyzwań. Czego życzę i Wam!!!


Czarne dziury parują? To podobnie jak mój mózg! - Christophe Galfard "Wszechświat w twojej dłoni"

   Recenzję, którą za chwilę będziecie mogli przeczytać, muszę poprzedzić pewnym wyjaśnieniem. Otóż aż wstyd się przyznawać, ale jestem laikiem do potęgi entej, jeśli chodzi o nauki ścisłe, zwłaszcza chemię. Jako uczennica ogólnokształcącej szkoły muzycznej nie zaznałam w swoim życiu zbyt wielkiego kontaktu z cudownościami fizyki i całej fascynującej reszty jej podobnych przedmiotów, gdyż program ich był bardzo okrojony na rzecz muzyki. Dodatkowo nauczycielka chemii, w przeciwieństwie do nauczyciela fizyki, robiła wszystko, by swoją dziedzinę obrzydzić uczniom. Tym oto sposobem zapytajcie mnie o budowę atomu albo poproście o wyjaśnienie grawitacji, a zobaczycie tępe spojrzenie i usłyszycie nerwowy śmiech. Piszę o tym wstydliwym aspekcie mojej osoby po to, żebyście zrozumieli, jak ogromnym, pozytywnym zaskoczeniem okazała się książka Christophe'a Galfarda.

   Po "Wszechświat w twojej dłoni" sięgnęłam zachęcona recenzją Marty z Fantastycznych książek i jak je znaleźć, która stwierdziła, że książka jest zrozumiała nawet dla czytelników kompletnie niedouczonych w kwestii nauk ścisłych. Mimo jej opinii wzięłam tę książkę do ręki z ogromną obawą, że jednak okażę się zbytnim tępakiem, by  cokolwiek zrozumieć i dzięki temu polubić tę pozycję. Na szczęście wszystkie moje obawy okazały się nie potrzebne.

   Christophe Galfard robi w swojej książce coś niesamowitego - przedstawia niezwykle skomplikowane teorie i prawdy naukowe w nie tylko bardzo przystępny, ale również zabawny sposób. Swoją opowieść o Wszechświecie rozpoczyna od rzeczy najbardziej znanych przeciętnemu człowiekowi, takich jak grawitacja, układ słoneczny i Droga Mleczna, by przez świat niezwykle maleńki, ten na poziomie atomu, przejść do najdziwniejszych, a równocześnie niezwykle fascynujących pojęć współczesnej nauki, takich jak era inflacyjna i teoria strun.

   Galfard przedstawia zjawiska mało znane i mało zrozumiałe dla przeciętnego człowieka w sposób niezwykle opisowy, prosty (ktoś, kto ma większe pojęcie o fizyce być może poczuje się urażony traktowaniem go jak idiotę) i trafiający do wyobraźni. Weźmy na przykład naszą galaktykę i należące do niej 300 miliardów gwiazd. Jak tu wyobrazić sobie taką liczbę? Galfard proponuje proste rozwiązanie, zawierające w sobie 300 kartonów piasku z tropikalnej wyspy, Trafalgar Square i pomnik generała Nelsona. Proszę mi wierzyć, wyobrażenie sobie Drogi Mlecznej staje się w ten sposób banalnie proste.

"Napisałem "inne inteligentne gatunki", choć angielski fizyk teoretyk i kosmolog Stephen Hawking często żartuje (czy aby na pewno żartuje?), że zanim zaczniemy ich poszukiwanie, powinniśmy najpierw znaleźć dowód, że istnieje inteligencja na Ziemi." 

   Nigdy nie pomyślałabym, że książka poświęcona nauce może być również tak zabawna, w lekko ironiczny, nienachalny sposób. Niektóre z porównań czy przypisów spowodowały, że prychałam śmiechem, starając się stłumić głośny śmiech (inni pasażerowie pociągu mogliby nie zrozumieć, co śmiesznego znalazłam w wizji zderzenia się galaktyki Andromedy z naszą Drogą Mleczną za jedyne 4 miliardy lat).

   Ciemna materia, ciemna energia, osobliwość w czarnej dziurze i bańki wszechświatów w bańkach wszechświatów... Brzmi przerażająco i niezrozumiale? Owszem, i nie będę nawet udawać, że zrozumiałam większość najbardziej szalonych teorii. Nie mogę powiedzieć, że zrozumiałam również wszystko, co dzieje się w miniaturowej skali kwarków i gluonów, a pod koniec książki rwałam sobie włosy z głowy nad teorią strun. A mimo to czuję potrzebę i ogromną chęć, by sięgnąć po więcej, by zanurzyć się jeszcze głębiej w niesamowity świat fizyki (zarówno praktycznej, jak i teoretycznej). Christophowi Galfardowi udało się coś, czego nie dokonał ani sympatyczny nauczyciel fizyki, ani niechętna uczniom nauczycielka chemii - sprawił, że zrozumiałam co nie co o prawach rządzących naszym (wszech)światem i chcę wiedzieć więcej. Takie było założenie autora i udało mu się ono w stu procentach.

   "Wszechświat w twojej dłoni" to ostatnia książka, którą przeczytałam w 2017 roku. To również jedna z najciekawszych, najbardziej interesujących i niezwykłych lektur całego roku. Mogę sobie tylko życzyć, by każdy następny rok kończył się odkryciem takiego skarbu.


autor: Christoph Galfard
tytuł: Wszechświat w twojej dłoni
wydawnictwo: Otwarte
ilość stron: 411


ocena: ★★★★☆ 1/2